W zapomnianej części świata

W zapomnianej części świata

Artykuły : 
Numer wydania: 

Uganda to kraj w Afryce, położony na równiku. Graniczy z Sudanem Południowym, Kenią, Tanzanią, Rwandą i Demokratyczną Republiką Konga. Właśnie tam, w niedużym miasteczku Pabo na północy, mieszka ks. David Okullu – kapłan, który w ubiegłym roku przyjechał do Polski prosić mieszkańców gminy Ujazd o pieniądze na budowę studni.

 

W Ugandzie aktualnie przebywa sołtys Starego Ujazdu – Sebastian Golec. Poleciał tam prywatnie, ale zabrał dla Ugandyjczyków dary z Polski przekazane przez ludzi dobrej woli.

 

Jak wygląda życie 10 000 km stąd? Czym zajmują się tam ludzie na co dzień? Co ich cieszy? Dzięki łączności internetowej Sebastian Golec mógł nam zrelacjonować swój pobyt w Afryce.

 

- Różnica czasu między nami jest niewielka - w porównaniu z Polską, w Ugandzie jest godzina do przodu, ponieważ kraje leżą niemal na tym samym południku – donosi podróżnik. – Trafiłem na porę deszczową, co oznacza, że temperatura oscyluje wokół 25-30 stopni C, to chłodno jak na warunki równikowe. Normalnie jest dużo goręcej.

 

Sebastian zatrzymał się w Pabo – miasteczku niedaleko granicy z Sudanem.

 

- Parafia księdza Okullu liczy 77 000 wiernych. Są dwa kościoły murowane i jeden w afrykańskiej chacie, msze odprawia się też w klasach szkolnych lub po prostu pod drzewem w wiosce. Tereny są bardzo rozległe, dlatego ksiądz musi pokonywać wiele kilometrów zanim dotrze do wszystkich wiernych. Jeździ motocyklem lub 20-letnim suzuki – drogi tutaj są tylko polne, nie ma asfaltu. Ks. Dawid pełni obowiązki tak jak europejski proboszcz. Do pomocy ma kleryka Stiwena, który właśnie skończył trzeci rok studiów i zgodnie z tutejszymi zasadami musi odbyć półroczne praktyki w dwóch parafiach. Potem zostaną mu jeszcze 4 lata studiów. Kleryk prowadzi grupy ministrantów, pomaga przy sprawowaniu mszy św., a w tygodniu może głosić kazania. Stiwen interesuje się piłką nożną. Zna polskich zawodników, a nawet Legię Warszawa...

 

Kuchnią zajmuje się Kata. Gotuje świetnie. Na śniadanie jest chleb z miodem, dżemem lub pasta z granatów tzw. odee, do picia - gorące mleko lub owsianka z mączki łękowatej, bardzo słodkiej i drobno zmielonej. Obiad i kolacja wyglądają podobnie: zawsze podawane są cztery garnki - od najmniejszego do największego. Są w nich tzw. posho: słodkie ziemniaki, gotowane banany oraz kassawa, czyli bulwy manioku. Do tego ryba, kurczak lub inne mięsa. Wszystko bardzo naturalne. W najmniejszym garnku znajduje się gotowana kapusta. Serwowane są banany, mango, mandarynki. Wszystko z ogródka. Zdrowe i smaczne – chwali Sebastian Golec.

 

W parafii pracuje też dwóch mężczyzn...

 

- Dege nosi wodę i zajmuje się ogrodem, zaś Alfredo to kulawy ochroniarz, który prowadzi odwieczną „wojnę” z dziećmi z niedalekiej szkoły. Dzieciaki podczas przerwy przychodzą do parafialnego ogrodu, żeby zebrać choć parę mango. Obecnie jest sezon na te owoce. Wygląda to komicznie, bo teren jest nieogrodzony, a dzieci dużo... Jedną stroną biegnie on, z drugiej - dzieci. On z kijem i kulawą nogą nie umie ich dogonić. Dla dzieci to zabawa - przechytrzyć kulawego Alfreda i zjeść mango – opowiada podróżnik. – Ok. 100 m od siedziby parafii znajduje się studnia, do której schodzą ludzie z wiosek oddalonych nawet o 15 km. Głównie kobiety. Czerpią wodę i niosą ze sobą 40 litrów: 20 na głowie i po 10 w ręce. Przy tej studni tak naprawdę toczy się życie. Ludzie rozmawiają, śmieją się, dzieci ze szkoły przychodzą się napić wody. Nie ma narzekania i gadania o chorobach...

 

W parafii jest jeszcze pies Korea, który w nocy z Alfredo pilnuje dobytku, i mały łowny kotek, który zjada różne insekty. Dookoła chodzą kury (tylko z wolnego wybiegu!), dają jajka, a potem mamy je na obiad – opowiada sołtys Golec. - W domu jest kanalizacja i szambo, ale nie ma bieżącej wody. Rury są co prawda przygotowane, ale jak mówi ks. David, zawsze znajdą się inne wydatki... jak choćby kupno butów czy mundurków dla szkolnych dzieci.

 

Liczące 20 tysięcy mieszkańców Pabo nie jest odcięte od cywilizacji. Ma stacjonarny internet.

 

- Tuż po przylocie kupiłem ruter – wspomina Sebastian – i okazało się, że było to pierwsze WiFi w miasteczku, pierwszy bezprzewodowy dostęp do sieci.

 

Życie tubylców toczy się skromnie, mają oni jednak wielkie serca.

 

- Podczas niedzielnej mszy dzielą się z kapłanem płodami ziemi ze swojego ogródka i innymi rzeczami, czasem przynoszą pieniądze – opowiada Golec. - Ostatnio w niedzielę ks. Okullu otrzymał: okrę, tj. roślinę uprawianą w klimatach tropikalnych, chleb, kapustę, lusterko, rolkę papieru toaletowego i mydło.

 

Parafianie w ostatnim czasie szykowali się do wielkiego wydarzenia – otwarcia nowej studni.

 

- Wybudowano ją w miejscowości Latodore, oddalonej od rodzinnego Pabo o 180 km. Było to najbiedniejsze miejsce w Ugandzie, gdzie nie ma szkoły ani szpitala. Ks. David mówi, że to zapomniana część świata. Koszt utworzenia takiej studni wynosi 6500 dolarów, z czego połowę przekazali mieszkańcy gminy Ujazd. Wybudowała ją miejscowa firma, robiąc odwiert na 80 m. Wodę trzeba pompować ręcznie, a to co się wyleje, będzie przeznaczone do pojenia zwierząt. Cieszę się, że będę mógł uczestniczyć w otwarciu studni - dodaje Sebastian. - My, w Polsce, nie zdajemy sobie sprawy, ile radości może dać kilka kropel wody...

 

JK

 

 

 

W wydaniu papierowym przeczytasz także: 
Nawałnica gradu i deszczu
Wypadek na Kozielskiej
Nie przeżył zderzenia
Żywot marzyciela upartego
Korytarz życia
Zora wróciła do domu

Odpowiedz