Świat uszyty na miarę

Świat uszyty na miarę

Artykuły : 
Numer wydania: 

Naparstek, igły, kroje, bele materiału... już nie śnią się po nocach Stefanowi Wacławczykowi z Otmic, który przez 40 lat był krawcem. Ale wspomnienia zawodowego życia-szycia pozostały w jego pamięci. Pieczołowicie przechowuje swoje stare krawieckie nożyczki, na kuchennych drzwiach stale wiszą centymetry, a w rogu kuchni stoi maszyna do szycia. Stara jak świat...

 

- To mojego ojca, ma ponad sto lat - mówi. - Mój tato też był krawcem. Bardzo dobrym. Nie zdążył mnie nauczyć fachu, choć mi to obiecał, zmarł, gdy miałem 12 lat...

 

Ojciec pana Stefana pracował na lotnisku w Otmicach, tam szył i przerabiał mundury. Po wojnie podjął pracę w jednej ze spółdzielni inwalidów w Opolu.

 

- Gdy zmarł, w domu się nie przelewało. Zaraz po ukończeniu szkoły podstawowej musiałem znaleźć pracę, by odciążyć matkę. Znajoma ojca zaciągnęła mnie do Opola, dzięki niej trafiłem w 1955 roku do spółdzielni Kasprzak (potem przemianowanej na ZODIM). Jej biura mieściły się na ul. Kołłątaja w Opolu, a warsztat na rogu Kołłątaja i Ozimskiej. Pierwszy rok - jak to uczeń - robiłem wszystko, tylko nie szyłem. Chodziłem do sklepu, sprzątałem, wózkiem przywiozłem materiały - wspomina otmiczanin. - W kolejnych latach trafiłem pod opiekę dwóch braci. Oni uczyli mnie krawiectwa. Zaczynali od instrukcji, jak trzymać igłę i naparstek.

 

W spółdzielni szyto na akord. Pracownicy musieli się uwijać, by zarobić. Roboty było dużo. Ludzie chętnie zamawiali garnitury, płaszcze, kostiumy. Stefan Wacławczyk się w tym wyspecjalizował. W dziedzinie krawiectwa ciężkiego otrzymał tytuł mistrza. W domu po godzinach szył dla rodziny, specjalnie dla żony nauczył się też krawiectwa lekkiego - uszył jej niejedną spódnicę czy kostium.

 

Choć czasy były ciężkie, w zakładzie nie brakowało materiałów.

 

- Kierownik jeździł po nie do Łodzi i Bielska. Zawsze coś zorganizował. Ubierała się u nas nawet elita Opola, partyjni notable, ale i duchowni. Osobiście szyłem czarny garnitur dla jednego z biskupów - wspomina. - Zawsze byłem dokładny, wszystko musiało ładnie leżeć, pasować. Moi klienci nie składali reklamacji... To zawód wymagający cierpliwości, precyzji, może dlatego młodzi już się do niego tak nie garną? - zastanawia się.

 

Maszyn do obrzucania, przyszywania guzików i innych - teraz dostępnych - wtedy nie było.

 

- Szyliśmy na polskich maszynach marki Łucznik, początkowo na mechanicznych. Nowocześniejsze - elektryczne pojawiły się u nas dopiero gdzieś w latach siedemdziesiątych - przypomina sobie pan Stefan.

 

Kryzys krawiectwa pojawił się w Polsce w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Na nasz rynek zaczęły napływać produkty z Azji, tania odzież z sieciówek. Szycie na miarę stało się za drogie i czasochłonne dla przeciętnego konsumenta.

 

- Odczuła to też nasza spółdzielnia, było mniej zamówień, zaczęło brakować krawców, ludzi do pracy... W 1995 roku przeszedłem na emeryturę.

 

Na szczęście stare rzemiosła wracają do łask, a dobrzy krawcy są znów poszukiwani.

 

- Ja już nie szyję, zdrowie nie te. Mam wnuka, kształci się w innym zawodzie, ale moją starą maszynę chce ode mnie na pamiątkę - cieszy się Stefan Wacławczyk, krawiec, tak jak ojciec.

 

bea

 

 

 

W wydaniu papierowym przeczytasz także: 
Nowa rada, wójt ten sam
Seniorzy się bawią
Gmina planuje kupić sklep
Najpierw przetarg

Odpowiedz