Nie było czasu, by płakać

Nie było czasu, by płakać

Artykuły : 
Numer wydania: 

Jestem psychicznie wykończona. Gdy wieje, nachodzi mnie strach. Kiedy zaczyna grzmieć, zapalam gromnicę - mówi Urszula Misz z Balcarzowic. Tak mocno odcisnęły się w jej pamięci wydarzenia sprzed 10 lat. Ludzi, takich jak ona, jest dużo więcej.

 

15 sierpnia 2008 roku w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny po godzinie 17.00 nad wschodnią częścią powiatu strzeleckiego przeszło tornado.

 

- Niszczycielski lej zaczął się tworzyć opodal Kopaniny, przysiółka Starego Ujazdu, w tzw. Piekle - przypomina Sebastian Golec, sołtys wioski. - Trąba powietrzna zaczęła nabierać na sile, przemieszczając się w kierunku północno-wschodnim, niszcząc wszystko co stanęło na jej drodze.

 

Wir wciągał domy w Zimnej Wódce, Kolonii Jaryszowskiej, Sieroniowicach, Balcarzowicach, Kotulinie Nakle i Skały, aż po Błotnicę Strzelecką, gdzie stracił na sile... Na ok. 16-kilometrowym odcinku poczynił kilkudziesięciomilionowe straty. W kulminacyjnym momencie wiało z prędkością 320 km/godz.

 

- Od tamtego dnia nikt już nie może spać spokojnie. Wcześniej taki żywioł mogliśmy oglądać tylko w telewizji - przyznaje Golec.

 

Teresa Cwielong w 2008 roku była sołtysem Balcarzowic. Jej wioska ucierpiała chyba najbardziej, a przynajmniej widok zniszczeń rozpościerający się z pobliskich pagórków był przerażający. Dziś wciąż odnawiają się tamte emocje i łzy napływają do oczu. Jak to możliwe, że ludzie przetrwali tornado?

 

- Nikt nie zginął. To jest najważniejsze - podkreśla pani Teresa. - Gdy wszystko się zawaliło, gdy nastała beznadzieja, nagle obok nas pojawili się dobrzy ludzie, bezinteresowni. Nie wiem, skąd się wzięli, ale ich obecność nie pozwoliła się załamać, kazała wziąć się do pracy przy odbudowie wioski...

 

W domu pani Teresy działało centrum kryzysowe. Tu zwożono żywność i produkty potrzebne poszkodowanym.

 

- Pojawił się jakiś mężczyzna z darami, zaczął nam pomagać. Za jakiś czas okazało się, że to proboszcz z Pławniowic. Piekarz z Byciny przez dwa tygodnie przywoził do wsi za darmo chleb i bułki... Ludzi pomocnych nie sposób dziś policzyć i wymienić. Okazali wielką solidarność i serce. Dzięki nim nie mieliśmy czasu płakać. Oni nam pomogli fizycznie, ale i psychicznie. Dali nam siłę - mówi pani Teresa.

 

Wiele osób straciło domy i dorobek życia.

 

- To boli, gdy słyszę: mieliście „złotą trąbę” - mówi mieszkaniec, któremu tornado zmiotło cały dom. - Pewnie, że się odbudowaliśmy, ale jakim kosztem... Wolałbym tamten stary, mój, niż ten nowy, okupiony strachem i płaczem. Znam ludzi, którzy przez tornado mocno podupadli na zdrowiu.

 

- Od czasu tornada rzeczywiście, gdy nadciąga nawałnica, zapalam świecę symbolizującą opiekę Matki Bożej Gromnicznej. Kiedyś tylko ją wyjmowałam z szafki - przyznaje Teresa Cwielong.

 

- Na naszym podwórku rósł kasztanowiec. Nie zmiotła go trąba powietrzna, ale krótko potem sami go wycięliśmy. Ze strachu, że przy większej wichurze przewróci się na nasz dom - mówi Urszula Misz i dodaje: Tamtego widoku, gdy nie było pół wsi, nigdy nie zapomnę...

 

JK

 

 

 

Odpowiedz