Listy z Boliwii

Listy z Boliwii

Artykuły : 
Numer wydania: 
Ojciec Grzegorz Rudol urodził się 22 września 1947 roku w Górze św. Anny. Jego rodzicami byli Alfons i Marta z d. Kansy. Ukończył ZSZ w Opolu i wstąpił do zakonu franciszkanów. Obłóczyny odbyły się 3 września 1964 r., a nowicjat w Borkach Wielkich. Grzegorz Rudol rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne, kontynuując równocześnie studia humanistyczne. 22 sierpnia 1971 r. złożył śluby zakonne, a 1 lipca 1972 otrzymał święcenia kapłańskie. W latach 1973-78 pracował w Gliwicach i w Krynicznie koło Trzebnicy.

Boliwia jest jednym z najbiedniejszych krajów Południowej Ameryki, targana konfliktami wewnętrznymi. Niemal 65% mieszkańców jest katolikami, lecz tamtejszy Kościół cierpi na notoryczny brak powołań. Dlatego też duża liczba kapłanów przyjeżdża z innych stron świata. W 1979 r. zawarto porozumienie między panewnicką i bawarską prowincją franciszkańską o wysłaniu na teren misyjny zakonników z Polski. Pierwszymi misjonarzami, którzy na mocy tego porozumienia wyjechali do Boliwii byli o. Grzegorz Rudol i o. Zygmunt Skrzydło.

Rzadko się zdarza, by bohater takich artykułów mógł sam opowiedzieć swoją historię. Możliwość taką dały listy, jakie misjonarz pisał do swojej rodziny w Górze św. Anny, zebrane w książeczce po jego śmierci.

Oto fragmenty niektórych listów:

Santa Cruz, 20 XII 1979 r.

Po krótkim załatwieniu formalności paszportowych i celnych nasze stopy stanęły po raz pierwszy na boliwijskiej ziemi. Tutaj czekała nas sześciogodzinna przerwa w locie do Santa Cruz. Godzin tych nie musieliśmy jednak spędzić w porcie lotniczym, gdyż krótkiej, ale miłej gościny udzielił nam w swym konwencie o. Rubio, przełożony misyjny wikariatu hiszpańskiego. Aż dziw bierze, że do swego jeepa załadował pięć osób i cały olbrzymi bagaż, który przecież tylko dzięki znajomościom na lotnisku w Monachium można było powiększyć o sto dwadzieścia kilogramów. Wolno więc jechał nasz kierowca. W górzystych terenach La Paz, po pustej boliwijskiej autostradzie. Pomimo zmęczenia dziwiłem się wszystkiemu dookoła. Zadziwiały mnie przede wszystkim domki, które swym wyglądem przypominały raczej stajenki betlejemskie, liche, bardzo ubogie, jak na stolicę.

El Fortin, 21 II 1980 r.

Rio Grande jest to dziwna rzeka, bardzo szeroka, a tylko miejscami głęboka, woda więc płynie ciągle w różnych kierunkach, i to bardzo brudna. Mostu nie ma, gdyż w porze deszczowej ponoć poszerza się i nie ma twardego gruntu. Trzeba więc zawsze przeprawiać się pontonem. Gdy pierwszy raz przeprawiliśmy się, o. Wojciech Mazur i ja z naszym jeepem, wiał dosyć silny wiatr i w pewnym momencie silne fale zaczęły tak kołysać naszą barką, że myślałem: już po nas, będziemy się kąpać w tej brudnej wodzie.

Jakieś pięćdziesiąt minut przeprawiano nas na drugi brzeg, było to bardzo szybko, jak się dowiedziałem. A na drugim brzegu początek naszej parafii, pierwsza wioska, uśmiechnięte dzieci, młodzież i starsi kiwnięciem ręki pozdrawiają nas. Po drodze dowiaduję się, jak wielka jest parafia, wschód-zachód osiemdziesiąt kilometrów, północ-południe trzysta kilometrów.

Zamieszkują tu prawie sami Indianie - Collas, są to potomkowie Inków. Rzeczywiście, gdy 23 stycznia razem z o. Wojciechem i dwiema siostrami pojechaliśmy tam na spotkanie z mieszkańcami w sprawie żywności, którą ma dostarczyć dla nich Caritas, mogłem się przypatrzeć twarzom typowo indiańskim, poważnym, nie zawsze uśmiechniętym. W dodatku między sobą rozmawiają w swoim języku ketschua i nie wszyscy znają język hiszpański. Są oni więc tam jakby państwem w państwie, są groźni.

Dziś, kiedy kończę pisać ten list, wydarzyła się jeszcze ciekawa scena. Aż pod drzwi naszych pokoi przypełzła vibora - żmija długości jednego metra. Jedna z sióstr szpadlem zrobiła szybko operację i ucięła jej głowę. Wężów, i to różnych, tutaj nie brakuje. Na dodatek teraz istna plaga komarów, które gryzą niemiłosiernie. Przed snem trzeba najpierw urządzić polowanie, by spokojnie wypocząć w nocy. Tym niewesołym akcentem pragnę zakończyć mój list.

El Fortin, 15 IV 1980 r.

W Niedzielę Palmową od wczesnego ranka przypiekało słońce. O dziewiątej rano zebraliśmy się przed domkiem naszych sióstr. Tam odbyło się poświęcenie gałązek prawdziwych palm, odczytanie Ewangelii i ze śpiewem na ustach ruszyliśmy procesją w kierunku kościoła.

Tego dnia po południu udaliśmy się naszym jeepem, japońską Toyotą, do wioski Las Palmitas, by odwiedzić tamtejszych mieszkańców. Około dwudziestu pięciu godzin jazdy. Ponad godzinę trwało pokonanie piętnastokilometrowej drogi, w tym pięć kilometrów wąskiej drogi w buszu. W szkole Msza św., szkolnym dzwonkiem (kawał żelaza i pręt) wzywaliśmy ludzi na spotkanie. Po godzinie zebrała się gromadka dorosłych z uśmiechniętymi dziećmi. Usiadłem do jeepa, który służył jako konfesjonał, i zacząłem spowiadać. W tym czasie jedna z sióstr uczyła śpiewać pieśni. Następnie Msza św., podczas której krótką naukę wygłosiła również siostra. Po Mszy św. przyjacielskie spotkanie, tymczasem siostra pielęgniarka szczepiła dzieci. Było płaczu i strachu co niemiara.

El Fortin, 12 VI 1980 r.

Po raz pierwszy gościłem w chacie biednego campesino. Podano do stołu, postawiono przede mną talerz mięsiwa, odstawiłem myśląc, że taka porcja to co najmniej pięciu. Jakież było jednak moje zdziwienie, kiedy przed każdym z uczestników postawiono talerz z taką samą porcją pieczonej wieprzowiny. Na środku jedynie postawiono misę juki. Nie było więc rady, trzeba się było zabrać do jedzenia, a muszę przyznać, że było bardzo smaczne, pikantnie przyprawione. Więc i wody z limonem poszło wiele. Na zakończenie uczty zaśpiewaliśmy jeszcze kilka pieśni naszym gościnnym gospodarzom, po czym syci i zadowoleni wracaliśmy do domu.

El Fortin, 2 XI 1980 r.

Moi Drodzy!

Dziś, gdy piszę do Was te słowa, mamy piękny, słoneczny, no, upalny dzień. Temperatura na termometrach w cieniu trzydzieści sześć stopni. Jaka wielka różnica, w ubiegłym roku przeżywałem Wszystkich Świętych w śniegu, a tu w upale. Wczoraj Mszę św. odprawiłem wieczorem na cmentarzu. Trzeba przyznać, że i oni postarali się, by w tym dniu cmentarz doprowadzić do jakiegoś porządku, bo w ciągu roku przypomina raczej las zielska, z którego raz po raz wyłaniają się krzyże. Na cmentarzu postawiliśmy coś w rodzaju podium, rozwiesiliśmy sześć żarówek, nasz mały motorek dał światło i o godzinie trzynastej trzydzieści można było odprawić Mszę św. za zmarłych. Ludzi było bardzo dużo, nawet poprzyjeżdżali z okolicznych wiosek, jednak jeszcze więcej było komarów, ciem i muszek, i innych „bichów”, że nie można było się od tego opędzić. W czasie kazania kilka połknąłem, a w czasie Przeistoczenia kilka wpadło do kielicha, nie chciałem robić ceregieli, trzeba więc było spożyć.

A teraz trochę smutnej nuty. Kilka dni przed Wszystkimi Świętymi wydarzył się niedaleko naszej wioski wypadek. Samochód ciężarowy z masą drewna wywrócił się na naszej carreterze. Na nieszczęście, kilka kilometrów przedtem dwoje łudzi z Paraiso prosiło, by mogli zabrać się nim do miasta. Ciężko rannych przewieziono więc na naszą post sanitaria. Młoda kobieta, niestety, już po drodze oddała Bogu ducha, Indianka Collas. Mężczyzna, młody i silny, walczył ze śmiercią. Po udzieleniu pomocy duchowej szukaliśmy środków, by jak najprędzej dowieźć go do szpitala. Samochodem nie było mowy - od naszych kocich łbów zmarłby po drodze - jedynie samolot. Krążyliśmy po okolicy, by znaleźć połączenie radiowe. Jednak wszędzie mieli dopiero połączenie po południu. Naszym więc kontaktem radiowym połączyliśmy się z Santa Cruz, skąd niezwłocznie wysłali samolot - za godzinę doleciał do nas. Rannego wolno odtransportowaliśmy na lotnisko. Jednak za długo czekał na pomoc, w drodze, w samolocie, oddał ducha. Jak się później okazało, byli Małżeństwem i żyli ze sobą zaledwie kilka miesięcy.

W piątek przyjechał do nas br. Simon z Ascension, innej naszej parafii de Guarayos, i opowiedział nam o wypadku niedaleko Ascension, w którym również przewrócił się camion z ludźmi. Trzech zginęło na miejscu, a osiemnastu ciężko rannych. Pewnie zapytacie, dlaczego u nas tak często przewracają się ciężarówki. Dlatego, że naszą drogę budują jak wzgórze, by w porze deszczowej spływała woda, wystarczy więc lekki skręt w bok i ciężarówka obładowana drzewem szybko się przewraca.

El Fortin, czerwiec 1981 r.

Zastanawialiśmy się z o. Luisem z panewnickiej prowincji, co tu urządzić na Dzień Matki. Wymienialiśmy nasze pomysły z czasów kilkuletniego naszego duszpasterzowania, on z Santa Cruz, ja z Kryniczna. Mówię, że szkoda, iż nie mamy tutaj tekstu inscenizacji „Brylantowy krzyżyk”. W kilku zdaniach opowiadam poszczególne sceny. Padre Lucho zapalił się, ja siadam do maszyny i piszemy. I tak opowiadaliśmy i pisaliśmy prawie całą noc i pół dnia.

Trzeba przyznać, że praca z tutejszymi aktorami nie była łatwa. Prawie zawsze na próbach kogoś brakowało. Ale cóż, tacy są Cambas: włożyć niewiele wysiłku, ale za to błyszczeć. Nie zna taki jeden z drugim dobrze tekstu, a już chce występować i nie ma tremy. W końcu jednak po wielu męczących próbach ustaliliśmy dzień występu na niedzielę 31 maja.

Przybyło bardzo dużo ludzi, reklama samych aktorów. Ludzie byli zadowoleni, my też, że nasz teatr na kółkach wystawił swoją pierwszą sztukę. Postanowiliśmy także pojechać do innych wiosek, by i tam ludzie mogli zobaczyć naszą inscenizację. Ale dokładnie w dziewięć dni później strzeliła bomba: jedna z aktorek, która miała wiele do mówienia, zwiała ze swym ukochanym do Montero. I tak legliśmy na łopatkach z naszą pierwszą sztuką. Takie są radości i smutki w naszej pracy misyjnej.

El Fortin, 9 VIII 1983 r.

Ojciec Święty stanął na świętoanńskiej ziemi. O. Prowincjał szef oko opisał nam wszystkie chwile tego jednorazowego wydarzenia w dziejach Św. Anny. Wspominał też, że o. Kazimierz z wyspy Rodos napisał, iż chyba już tylko większym wydarzeniem dla Góry Św. Anny może być powtórne przyjście Chrystusa. Chyba to trafne słowa.

My z Zygmuntem tutaj, w El Fortin, codziennie o siedemnastej słuchaliśmy radia; na krótkich falach Wolna Europa nadawała obszerne relacje z tych dni. Nawet nie wyobrażacie sobie, ale i my dość często słuchaliśmy tutaj kazania ze Św. Anny i nawet słyszeliśmy te liczne orkiestry. Tak pięknie w słowach pożegnalnych ks. Prymas określił: „za rozśpiewaną Górę Św. Anny”.

Sucre, dnia 8 maja 1985 r.

Kochana Mamo!

Ja chyba, Mamo, od Ciebie otrzymałem wszystkie listy, jednak nie jestem pewny, jak również, czy moje nadeszły szczęśliwie do Was, a to wszystko ze względu na liczne strajki, które w ostatnim czasie nawiedzają nasz upadły kraj.

Często jest tak, że poczta nie pracuje kilka tygodni, a później, by się nie przemęczać, zrobią sobie ognisko z korespondencji, która się namnożyła, w czasie gdy strajkowali. Dlatego też w ostatnim okresie straciliśmy trochę chęć do pisania listów. Piszesz, płacisz, a potem ginie gdzieś w płomieniach. Na pewno w telewizji od czasu do czasu podają coś o Boliwii, bo przed wyborami jesteśmy w bardzo krytycznym stanie. Inflacja pieniądza boliwijskiego jest ogromna, spada wartość nie tylko z dnia na dzień, ale nawet z godziny na godzinę. Np. gdy przyleciałem do Sucre w listopadzie 1984, płaciłem osiemdziesiąt pięć tysięcy, dziś za lot do St. Cruz płaci się dwa miliony pięćdziesiąt tysięcy. Gdy się idzie do sklepu, żeby coś kupić, trzeba rzeczywiście mieć w zanadrzu kilka milionów. Nic więc dziwnego, że ciągle mamy jakieś strajki.

Sucre, 5 de Nov. 1985 r.

Kochana Mamusiu!

Bardzo serdecznie dziękuję Ci za list, który niedawno otrzymałem. Dziękuję za wszystkie wieści z Góry Św. Anny [...]. Minął rok, jak jestem znowu w Boliwii, a teraz piętnastego listopada będzie już rok, jak pracuję w Sucre. Choć tu praca inna niż w wioskach El Fortin, ale jej nie brakuje. Dwudziestego października odbyła się w parafii uroczystość I Komunii św.: siedemdziesięciu trzech młodych katolików przyjęło po raz pierwszy Pana Jezusa do swego serca. Z placu wprowadziliśmy uroczyście wszystkich do kościoła. Dzieci Komunię św. przyjęły pod dwiema postaciami. Po Mszy św. rozdanie pamiątkowych obrazków. Po południu krótkie nabożeństwo, a potem spotkanie dla wszystkich przy torcie, kakao i innych słodyczach.

Kochana Mamuśku, zbliżają się Twoje siedemdziesiąte piąte urodziny. Z daleka życzę Ci wszystkiego najlepszego, przede wszystkim dużo zdrowia, do setki co najmniej jeszcze dwadzieścia pięć lat, dużo błogosławieństwa i opieki Bożej. Pociechy z wszystkich familiores, a przede wszystkim z wnuków, no i z prawnuczka. Niech Cię dobry Bóg ma zawsze w swojej opiece, któremu zawierzyłaś tyle w swoim życiu. Tego życzy Ci z całego serca kochający Cię syn Grzegorz.

Santa Cruz, 5 III 1986 r.

Dwudziestego pierwszego lutego, jak zwykle w piątek, udał się Grzegorz, tym razem w towarzystwie biskupa Jesúsa Peréza do kaplicy Najśw. Serca Pana Jezusa, gdzie przez cały rok raz w miesiącu odprawiał Mszę św. Ukąsiła Go tam wtedy jedna pszczoła i dlatego postanowił w najbliższych dniach zrobić z nimi porządek. Poszukał dwóch pomocników i w ich towarzystwie udał się jeszcze raz do kaplicy dwudziestego piątego lutego. Przy trzeciej dziurze, którą chcieli zamurować, pszczoły zaatakowały, murarza, co było przyczyną jego upadku z drabiny i złamania nogi. Grzegorz z drugim pomocnikiem wsadzili go do samochodu, ale w tym czasie pszczoły także ich zaatakowały. Ujechał około dwustu metrów, ale poczuł się źle, zgasił więc silnik i chciał zejść do konwentu pieszo, ale po dwudziestu metrach zemdlał. Jeden z pomocników dał znać o wypadku do klasztoru, więc padre Eusebio pojechał na górę, ale Grzegorz w drodze do szpitala oddał ducha Panu. Sześć albo siedem użądleń, które naliczył lekarz, spowodowały ten tragiczny skutek.

Zygmunt

Gazeta „Presencia” 27 lutego 1986 r.

W ogólnej żałobie odbył się pogrzeb O. Luciano Rudol Kansky [tak nazywano o. Grzegorza Rudola - przyp. red.], który zmarł wskutek użądlenia przez pszczoły.

Eucharystię sprawowało przeszło czterdziestu koncelebransów w kościele katedralnym. W obecności J. Em. ks. Kardynała Clemente Maurer, a przewodniczył jej arcybiskup René Fernández, z biskupami pomocniczymi Archidiecezji Jesús Perézem i Alfonso Navą. Uczestniczyli kapłani z archidiecezji i inni, którzy przybyli z głębi lądu. Obszerne nawy katedry nie pomieściły wszystkich wiernych, którzy mimo ulewnego deszczu stawili się, by pożegnać kapłana - franciszkanina.

Ks. abp. René Fernández podkreślił, że o. Luciano chciał usunąć pszczoły z kaplicy Najśw. Serca Pana Jezusa, by ludziom nie dokuczały w czasie odprawiania nabożeństw. Podczas tych zabiegów spotkała go śmierć i dlatego uważamy go za męczennika.

Że śmierć o. Luciano zabolała wielu, o tym świadczy liczna obecność dorosłych i dzieci, którzy ze łzami w oczach są z nami w tym tragicznym momencie.

Romuald Kubik

Źródło: Grzegorz Rudol OFM, Listy z Boliwii, Verbinum.

Wydawnictwo Księży Werbistów, Warszawa 1990.

Odpowiedz