fbpx Gdyby umarli mogli mówić... | Strzelec Opolski

Gdyby umarli mogli mówić...

Gdyby umarli mogli mówić...

Artykuły : 
Numer wydania: 

[img_assist|nid=286|title=Barut|desc=|link=popup|align=left|width=150|height=113]Wtedy poznalibyśmy prawdę – mówi 79-letnia Anastazja Ebert, mieszkanka Barutu, która pamięta zdarzenia sprzed lat, które miały miejsce na polanie Hubertus. – Miałam wtedy 18 lat. W domu się nie przelewało, wcześnie straciłam ojca, brat wrócił z wojny bez ręki. Chlewy były wyrabowane, musieliśmy więc pracować za jedzenie.
We wrześniową niedzielę 1946 r. Anastazja Ebert z rok starszą siostrą Eriką i trzy lata starszą kuzynką Elżbietą szły do oddalonego o 10 km od Barutu Sarnowa, gdzie pracowały na polu kapusty.
- Szłyśmy w niedzielne popołudnie. Siostra i kuzynka miały rowery, ja nie. Na Hubertusie była opuszczona leśniczówka. Mieszkał tu wcześniej gajowy z Berlina, którego ściągnęli do wojska. Po prawej stronie znajdowała się murowana chlewnia. Tej niedzieli stały tu wozy wojskowe z plandekami, które rano około 9.00-10.00 przejeżdżały przez Barut. Już wtedy musieli zwozić ludzi. Spotkałyśmy też dwóch żołnierzy ruskich i Polaka po cywilnemu – gniadego, elegancko ubranego, jak do ślubu. Bardzo się przestraszyłyśmy. Polak zapytał nas, dokąd idziemy i usłyszawszy odpowiedź kiwnął ręką, że możemy iść dalej. Ze strachu nie odwróciłyśmy się nawet. Pamiętam jednak, że widziałam wzgórze otoczone drutem kolczastym i coś jakby talerz z wystającymi dwoma drutami – musiała być to mina. Jak wynika z opowieści mieszkańców, nad ranem w poniedziałek był wielki huk. Zazwyczaj słychać było hałas ze strzeleckich kamieniołomów, ale nigdy nie tak wcześnie. Ludzie wiedzieli, że coś dzieje się w lesie. Nikt jednak nie odważył się sprawdzić. Widziano tylko łunę ognia nad lasem.
Gdy poniedziałkowym rankiem siostra i kuzynka wracały z Sarnowa przed południową zmianą do domu z workami kapusty, po chlewie nie było już śladu, wokół było mnóstwo gruzu, kamieni i bardzo śmierdziało. Leżały też wojskowe buty, guziki... Sprzątaniem wszystkiego zajmowali się ludzie pracujący w lesie. Nie mówili jednak o szczegółach. Bali się to zrobić nawet po latach. Teraz żadna z tych osób nie żyje i trudno dociec prawdy. Po kilku dniach do lasu odważyli się zajrzeć mieszkańcy, m.in. mój brat. Przyniósł stamtąd menażkę z filcową osłoną – porządną, wojskową...
Z relacji Anastazji Ebert wynika, że wojskowi patrolowali miejsce w lesie koło Barutu jeszcze długo po wrześniowym zdarzeniu.
- Kontrolowali, by nikt tam nie kopał – mówi barutczanka. – Posprzątali też gruz i szczątki. Wszystko z czasem zarosło trawą i lasem. To miejsce stało się odtąd inne niż wszystkie. Wiosną 1947 tak tu śmierdziało, że nie szło przejść. Na placu, gdzie kiedyś stały ławki, które zniknęły wraz z chlewem, nie śpiewał żaden ptak. Zrobiło się tu pusto i jakoś obco. Ludzie wiedzieli, że stało się coś złego, a wieść szybko się rozniosła. Brat wyjeżdżał za granicę w 1958. Gdy był już poza krajem i mówił skąd jest, pytano go o to, co się stało. W Niemczech po 12 latach od zdarzenia, wypytywali o nie.
Z historią Hubertusa związana jest też – owiana tajemnicą, nieco domniemana przez obserwatorów – historia pewnego człowieka, gajowego z Barutu.
- Podobno konał dwa tygodnie – opowiada Anastazja Ebert. – Wreszcie kazał na polanie w lesie postawić krzyż. To zastanawiające. Tego gajowego widziały moja siostra i kuzynka, gdy rowerami zawoziły kapustę do domu z Sarnowa. Stał niedaleko miejsca wybuchu. Nie wiadomo, czy nie on wskazał oprawcom to miejsce, czy nie był wtajemniczony...
Na wieść o planowanych badaniach mieszkanka Barutu kiwa głową.
- Nie wiem, czy cokolwiek będzie się dało odnaleźć. Tu grunty są mokre, nawet grubsze kości przez tyle lat mogły się rozłożyć. Dobrze jednak, że są prowadzone badania. Prawda powinna być poznana.
JL

Komentarze

Portret użytkownika art.
Wysłane przez art. (niezweryfikowany) w 3 Grudzień, 2007 - 12:35

Byłem w tym miejscu .Faktycznie panuje tam jakaś taka dziwna cisza.Nawet ptaki mniej śpiewają.

Odpowiedz