Długi powrót zakonników

Długi powrót zakonników

Artykuły : 
Numer wydania: 

Jak dowodzą tego niezliczone przykłady z historii ludzkości – co innego kogoś złupić, a co innego na tym zyskać. Tak też się stało z sekularyzowanym klasztorem annogórskim. Władze pruskie, które liczyły na szybkie wzbogacenie skarbca, srodze się w tym wypadku zawiodły. Pojawiły się też dla administracji państwowej nowe kłopoty, bo ludność całego Śląska nie zamierzała zaprzestać pielgrzymowania do świętego miejsca.

Mieszkańcy Góry św. Anny prosili o kontynuowanie pielgrzymek, bo niemal wszystkie rodziny w okolicy utrzymywały się z wykonywania i sprzedaży przedmiotów kultu i „gdyby się to skończyło, zostaliby oni bez chleba, a ponad 500 rodzin stałoby się żebrakami”. W owych czasach do bazyliki rocznie pielgrzymowało sto tysięcy osób, a podczas głównych świąt zjawiało się nawet po dwadzieścia tysięcy wiernych dziennie. Trzeba pamiętać, że liczby te odnoszą się do czasów, kiedy mieszkańców Śląska było wielokrotnie mniej niż dzisiaj.

Prawne batalie
Komisja Sekularyzacyjna, by utrzymać pielgrzymkowy charakter miejsca, musiała znaleźć kapłanów, którzy zastąpiliby wypędzonych franciszkanów. Sprowadzonych księży musiałby ktoś jednak opłacić. Komisja postanowiła zrzucić ten ciężar na dobroczyńcę świętego miejsca – hrabiego Leopolda de Gaschin. Miał on „w przyszłości i bez żadnej pomocy państwa troszczyć się o utrzymanie budowli kościelnych oraz o opłacanie świeckich duchownych i przejąć koszty pensjonowania lub zaspokojenia potrzeb obecnych duchownych klasztornych”.

Hrabia, któremu los świątyni był bliski sercu, początkowo zgodził się, lecz dalsze pertraktacje utknęły w martwym punkcie. Nie liczył się bowiem z tym, że całe utrzymanie świątyni spocznie na jego barkach. Kosztowało go to połowę dochodów z majątku w Żyrowej. Ponadto polityka fiskalna państwa pozbawiała go rocznych dochodów w wysokości 1400 talarów.

Na wszelkie sposoby Prusy starały się wykorzystać poklasztorne budynki. Powstał projekt zakwaterowania tam żołnierzy i utworzenia obserwatorium. W piwnicach poszukiwano ziemi z zawartością saletry, którą można by sprzedać, starano się znaleźć kupca na ogród i meble. W pewnym momencie znajdował się tutaj nawet rosyjski magazyn prochu. Pomysł, by umieścić tu zakład dla ubogich, też w końcu upadł, ze względu na stan budowli.

Jednocześnie rozpoczęła się batalia sądowa, w której właściciel ziem dowodził praw do swego majątku. Procesy oparły się o wyższe instancje aż w końcu rząd zaproponował niekorzystną dla hrabiego ugodę, w której miałby zapłacić wycenioną przez inspektora sumę za budynki, wyremontować je i utrzymywać świeckich księży. Na tę i następną, o wiele korzystniejszą propozycję, hrabia się nie zgodził. Znów nastąpiły długie procesy z pismami do władcy włącznie.

Ostatecznie hrabiemu nie udało się odzyskać własności przodków, a nadmierne obciążenia podatkowe doprowadziły bogaty niegdyś ród do finansowej katastrofy.

Ruina
Budynki klasztorne niszczały, a kulturalny majątek topniał z roku na rok. W 1826 roku bibliotekę klasztorną przekazano gimnazjum w Opolu (w 1898 roku dzieła teologiczne z tego zbioru trafiły do Biblioteki Diecezjalnej we Wrocławiu). Przy okazji przenoszenia książek wiele cennych dzieł zaginęło bezpowrotnie. W następnym roku starosta strzelecki pisał: „obecnie [klasztor] tylko częściowo nadaje się do wykorzystania do innego celu, ponieważ odbywają się jeszcze zwykłe nabożeństwa. [...] Ponieważ pielgrzymowanie wydaje się niezgodne z duchem czasu, prostemu ludowi daje tylko okazję do lenistwa i obrazy czci czystego bóstwa, chciwości, sobkostwa i zepsu­cia obyczajów, proponuję więc, żeby ten masywny, bardzo dobry i trwały budynek zamienić na obiekt państwowy i zrobić z niego zakład karny albo szpital”.

Przez cały ten czas ruch pielgrzymkowy powoli zamierał. Nabożeństwa odbywały się głównie dzięki oddaniu okolicznych duchownych, którzy starali się podtrzymać tradycję i zapanować nad tłumami pozbawionymi pasterzy. Dochodziło do wielu nieprawidłowości i nadużyć. Zdarzały się też incydenty, takie jak ten z udziałem oficerów z Koźla. Pewnego dnia sprowadzili sobie do klasztoru muzykantów i urządzili w opuszczonych budynkach tańce.

W 1824 r. dziekan Thalherr z Gliwic pisze z oburzeniem: „Zdumiałem się, gdy na Górze Św. Anny [...] spotkałem przy stacjach zwykłego chłopa, który miał biegłość w kazaniu o cierpieniu Chrystusa i deklamowaniu po polsku z drukowanych egzort Męcińskiego, których nauczył się na pamięć”. Oburzenie nie dotyczyło tego, że kazanie odbywało się po polsku, lecz z faktu, że prosty chłop zastępuje kapłana. Zdarzało się także, że przybywający „gdzieś z Polski” kapłani, służący pątnikom, w miejscowych księżach budzili spore wątpliwości. Słuchali spowiedzi wiernych w drewutniach lub stodołach, pobierając za to jałmużnę. Co do niektórych wątpiono w ogóle, czy byli kapłanami.

Mimo wszystkich tych przeciwności, na Górę św. Anny pielgrzymowało ok. 40 tysięcy pątników rocznie.

Biskup i klasztor
Sytuacja na lepsze zmieniła się w 1832 roku. Biskup wrocławski, Emmanuel von Schimonski, który od lat starał się o poprawę kondycji sanktuarium, otrzymał urzędowe pismo z Opola. Informowano w nim o kiepskiej kondycji klasztoru oraz zapytywano, „co i z jakim skutkiem zostało w tej sprawie załatwione przez księcia biskupa?” Był to sygnał, że rząd pruski zamierza zezwolić biskupstwu na działania w tej sprawie. Dla urzędników było to wyjście z patowej sytuacji. Zwrócić majątku hrabiemu nie chcieli, ale i łożyć na kapłanów i utrzymanie walących się budynków także nie zamierzali. Biskup von Schimonski z radością wykorzystał daną mu szansę.

Największym wyzwaniem były pilne i poważne remonty, jakie należało przeprowadzić. Dwie dekady zaniedbań spowodowały duże spustoszenia. Sporządzone już wcześniej na zlecenie rządu sprawozdanie mówiło, że na najpilniejsze naprawy potrzebowano 2019 talarów. Gontowy dach kościoła przegnił tak, że wnętrze było zalane przez wodę i zagrzybiałe. Mury wokół Rajskiego Placu zawaliły się. Większość z 18 konfesjonałów zupełnie przegniła, browar przyklasztorny zawalił się w 1827 roku. Rzecz jasna fiskus, za sprawą którego budynek niszczał od lat, nie zamierzał dokładać do jego naprawy.

Remonty odbywały się etapami przez długie lata. Fundusze pochodziły przede wszystkim z ofiar pielgrzymów, a były z tym z początku wielkie problemy. W latach 1831-34 więcej wydawano na remonty niż zbierano na tacę. Dopiero od roku 1835 odnotowuje się nadwyżki datków nad kosztami reperacji.

W roku 1832 pomalowano wnętrze kościoła, w którym przez długi czas nie wykonywano żadnego gruntownego czyszczenia (57 talarów). W 1842 roku wybrukowano na nowo Rajski Plac, odnowiono dach nad krużgankiem, a mur otynkowano. W 1829 wysoka woda zniszczyła kapliczkę Cedron. Dopiero po dwóch latach, po wielu upomnieniach, hrabia de Gaschin wyremontował ją za pieniądze ze specjalnej zbiórki. Niestety, także wiele innych kaplic było podniszczonych, a popadający w coraz większe długi hrabia nie wywiązywał się ze swych powinności.

Odradzanie się świętego miejsca nie mogło odbyć się bez jego gospodarzy – kalwaryjskich kaznodziejów. Było ich wielu i nie sposób wymienić wszystkich. 9 lipca 1829 r. zajął to miejsce dotychczasowy wikary Johann Janotta z Jakubowic. Za jego czasów wyremontowano wielkie wejściowe schody na Rajski Plac. Kapłan został jednak usunięty „z powodu jego bardzo niestosownego, nieobyczajnego, najbardziej niegodnego duchownego, sposobu życia i jego skłonności do pijaństwa”.

W czerwcu 1841 r. kaznodzieją został Filip Kitta, który władał doskonale oboma językami, miał głos silny, a odporność fizyczna pozwalała na wykonywanie obowiązków mimo wielu przeciwności. Za jego czasów wykonano renowację głównego ołtarza, ołtarze św. Anny i Matki Bożej (190 talarów) oraz ambonę i malowidła. Odszedł z powodu konfliktu z proboszczem leśnickim.

W 1847 r. kaznodzieją kalwaryjskim został Jakub Nitzko, za czasów którego dokonano wielu remontów – m.in. muru Rajskiego Placu, organów i zegara, który od czasów sekularyzacji stał nieczynny. Najważniejszą dla pielgrzymów naprawą było pogłębienie klasztornej studni. Woda była zawsze na górze towarem deficytowym. Miejscowi sami mieli jej mało, a pielgrzymom sprzedawano ją za pieniądze. Pogłębienie studni klasztornej pozwoliło na wydawanie pątnikom wody za darmo.

Apostoł wstrzemięźliwości
W 1844 roku na Górę św. Anny przybył słynny apostoł trzeźwości o. Stefan Brzozowski. Urodzony w 1805 roku w Zwoleniu w wieku 16 lat wstąpił do franciszkanów, gdzie wyróżniał się wielką znajomością teologii i filozofii. W czasach walki cara z kościołem unickim popadł w konflikt z władzami po tym, jak nie dopuścił do ołtarza kapłanów chcących używać reformowanych mszałów. Uciekł z rosyjskiego zaboru, unikając w ten sposób wywózki na Sybir.

Na Górze św. Anny urządzono mu za zgodą biskupa i urzędu jedną celę. Od tej pory wkładał wielką energię, by przekonywać w kazaniach lud śląski do wstrzemięźliwości od alkoholu, który w tamtych czasach czynił ogromne spustoszenia. W wielu miejscowościach ojciec zakładał bractwa trzeźwości. Przez wiernych i kapłanów odbierany był z najwyższą czcią i uznaniem. W 1846 roku dołączył do niego dawny towarzysz – o. Michał Dąbrowski.

Żyli w klasztorze w wielkim ubóstwie. Obaj nie mieli w swoich izbach stołu, a na spółkę używali jednego krzesła. Nie uchroniło ich to jednak od zawiści. Proboszcz Krebs oskarżył o. Stefana o niemoralne prowadzenie, a trzy kobiety miały pod przysięgą świadczyć o jego rozwiązłości. Biskupie śledztwo szybko obaliło te oskarżenia, a sam Krebs musiał oddalić ze swego otoczenia wiele żeńskiej służby o wątpliwej reputacji.

Mimo ogromnego poważania, jakie o. Brzozowski posiadał wśród wiernych, a może właśnie dlatego dosięgły go dalsze oskarżenia. Zakończyło się to decyzją biskupa o opuszczeniu Góry św. Anny przez franciszkanina 12 listopada 1851 roku. Dla ludu śląskiego jego krótki pobyt na świętej górze miał niemal zbawienny wpływ, gdyż w tym czasie, pod wpływem jego kazań setki tysięcy wiernych przysięgły wstrzemięźliwość od alkoholu. Tylko w święto Krzyża Świętego w 1844 r. przyjął do Towarzystwa Trzeźwości 2000 osób.

Ostateczny powrót franciszkanów na Górę św. Anny stał się możliwy dopiero w roku 1859, niemal pół wieku po sekularyzacji. Gdyby nie starania hrabiego Leopolda de Gaschin, dziesiątek kapłanów starających się utrzymać sanktuarium i setek tysięcy wiernych podtrzymujących tradycję pielgrzymowania, klasztor zapewne podzieliłby los innych, w których po sekularyzacji na zawsze zamarło życie zakonne.

Romuald Kubik, Piotr Smykała

Źródła: Historia Góry św. Anny, opracowanie, Wrocław 2006.

Komentarze

Odpowiedz